Napisałem że nie biorę namiotu? Wziąłem. Jeszcze karimatę na last minute kupiłem. Znowu komplet. Namiot, karimata i śpiwór. Normalnie jak jakiś poważny podróżnik.
Lot jest o 6 rano więc nie ma po co iść spać, tym bardziej że po powrocie z Dominikany chodzę spać o trzeciej czy czwartej w nocy. Akurat dobry czas żeby na Okęcie jechać. Zamiast plecaka mam plecak, torbę i foliówkę z żarciem. Obładowany jestem jak nie ja. Samolot załadowany na maxa. Jedyne wolne miejsca w moim rzędzie. Po prawej i po lewej. Widać ktoś na górze wie, że dziś jeszcze nie spałem i chętnie bym się na te kilka godzin położył. Dzięki.
Wysiadając uświadamiam sobie że nie wziąłem okularów przeciwsłonecznych. A jeszcze wczoraj o tym pisałem. I znów zapomniałem. Na lotnisku typowy arabski burdel. Kilkuset turystów w kolejce do kilkunastu okienek. Tu nie biorą odcisków. Biorę namiot z karuzeli i idę na autobus. Kilkanaście kilometrów na północ od Agadiru jest Taghazut - miejscowość znana głównie z surferów gdzie mam rezerwację na dziś. W zbiorowej taksówce zaczyna gadać ze mną facet obok. Oczywiście po francusku. Potem już po arabsku. Coś rozumiem, więcej nie. Facet płaci za mnie, potem pomaga mi znaleźć drugą taksówkę, znów płaci, potem znajduje mi autobus z Agadiru do Taghazut. Bardzo chce się umówić. Niestety wygląda jak Krawczyk za młodu a ja jutro ruszam dalej. Ale daję mu swój numer. Hostel zamiast przy plaży (zgodnie z ofertą) jest 15 minut piechotą. Przy plaży budują się hotele dla bogatych. Na plaży surferzy, trochę lokalsów i dużo wolnego miejsca. Można się przejechać na wielbłądzie, koniu lub kucyku. Z atrakcji korzystają głównie miejscowi. Pierwszy dzień a zrobiłem 10 kilometrów po plaży. Tyle co przez ostatni tydzień w Warszawie. Warszawa mnie postarza. I rozleniwia. W drodze powrotnej zaczepia mnie kocur. Ten przynajmniej ładny.