
Moje lato było pełne uniesień
Niesłonych łez i obojętności
Moje lato było bezmiary samotne
Jak modlitwa, jak czuwanie
i tyle słońca przeszło mi bokiem
Jak krew i woda
I choć krzyczałem: – Pragnę!
To nigdy nie przepadałem za octem
zresztą
Dziś i tak nikt nie wie, co to hizop

Smutny więc schodziłem z drzewa konkludując
że to nie krew spływa mi z czoła
tylko sok z podeptanych czereśni
[słodka posoka przebrzmiałej miłości]
I choć chciałem być dla niej p o e t ą
– wielkim jak Stanisław Balbus –
i nosić koronę z pędów dzikiej róży
To swoją Zosię najchętniej widziałbym w trumnie
wyścielanej białym jak lilie atłasem
– bez tego całego szwendania się po szpitalnych korytarzach
bez chłodu jarzeniówek i oczekiwania
bo to miasto
nie nadaje się do umierania
a już na pewno nie latem

Moja lato było tak piękne, że zaparło mi dech
I kwitły mi drzewa, wszystkie fiołki
piwonie
narcyzy
Więc kochałem je, to miasto, tylko moje
miasto [Miasto]
i za nic, za nic nie chciałem w nim umierać 
Wszędzie indziej – mówiłem – raczej w Pécsu,
w Tymbarku!
– choć już wiem, że to była tylko moja historia –
ale nie tutaj...
bo to miasto [Miasto!]
nie nadaje się do umierania



